Kiedy w 1991 roku posiadacze Amigi 500 rozpakowywali potężne pudło z grą Eye of the Beholder, wielu z nich nie zdawało sobie sprawy, że oto właśnie tworzy się historia komputerowego RPG. Westwood Studios porwało się na rzecz z pozoru niemożliwą – przenieśli magię i skomplikowaną mechanikę Advanced Dungeons & Dragons (2. edycja) prosto w płynny, trójwymiarowy (choć skokowy) świat rzeczywisty. Efekt? Arcydzieło, które do dziś potrafi uwięzić przed ekranem na długie godziny.
/ Fabuła: Zlecenie od Lordów Waterdeep
Historia zaczyna się klasycznie dla fantasy. Lordowie miasta Waterdeep wynajmują czteroosobową drużynę śmiałków, aby zbadali sprawę nieznanego zła czającego się w miejskich kanałach. Szybko jednak okazuje się, że powrót tą samą drogą jest niemożliwy – wejście zostaje zasypane przez zapadlisko, a jedyna droga prowadzi w dół, przez 12 poziomów pełnych potworów, pułapek i tajemnic, na których końcu czeka tytułowy Beholder – Xanathar.
/ Rozgrywka: Rewolucja w czasie rzeczywistym
Największym szokiem dla graczy przyzwyczajonych do turówek w stylu Pool of Radiance był czas rzeczywisty. Eye of the Beholder czerpał garściami z legendarnego Dungeon Mastera, ale ubrał to w oficjalną licencję D&D.
Świat obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby (FPP), poruszając się skokowo. Walka toczy się tu i teraz – kliknięcie na ikonę broni w dłoni bohatera powoduje atak, po którym następuje chwila odpoczynku (cooldown). Wymaga to od gracza nie tylko taktycznego myślenia, ale i zręczności – słynny taniec wokół przeciwnika (krok w bok, cios, krok w tył) uratował życie niejednej drużynie.
Podziemia są bezwzględne. Nie ma tu automapy, więc kartka w kratkę i długopis były obowiązkowym wyposażeniem każdego gracza. Presję potęguje mechanika głodu – nasi bohaterowie muszą jeść, a zapasy racji żywnościowych szybko się kurczą, jeśli bezcelowo błądzimy po korytarzach.
/ Amiga kontra PC: Audiowizualny kompromis
Wersja na Amigę zachwycała klimatem. Graficy wycisnęli z 32-kolorowej palety OCS absolutne maksimum. Cieniowanie ścian, detale potworów i portrety postaci wyglądają niesamowicie plastycznie – gra wydaje się mroczniejsza i bardziej ponura niż wersja PC, co w przypadku lochów jest ogromną zaletą.
Największą przewagą Amigi była jednak warstwa audio. Muzyka z intra autorstwa Paula S. Mudry to absolutny majstersztyk. Efekty dźwiękowe w samych podziemiach – szczęk żelaza, pomruki potworów w oddali czy charakterystyczny dźwięk kliknięcia płyty naciskowej – budowały klimat grozy, którego próżno było szukać na PC Speakerze.
Jedynym minusem na standardowej Amidze 500 była konieczność częstej żonglerki dyskietkami oraz okazjonalne chrupnięcia animacji przy większej liczbie przeciwników. Posiadacze Amigi 1200 lub twardego dysku mogli jednak zapomnieć o tych problemach.
/ Podsumowanie: Czy warto wracać?
Eye of the Beholder na Amigę to kamień milowy w historii RPG. Gra rzuca wyzwanie, nie wybacza błędów i oczekuje od gracza pełnego skupienia. Mimo upływu ponad trzech dekad, gęsty klimat lochów Waterdeep, świetna oprawa graficzna oraz genialne udźwiękowienie sprawiają, że gra się w to wyśmienicie również dzisiaj – czy to na oryginalnym sprzęcie, czy poprzez emulatory.


